JEDŹMY W TEN ATLAS W KOŃCU

Kiepsko spałem. Trochę marzłem nad ranem, spanie w samej bieliźnie to nie był dobry pomysł. W dodatku budziłem się co chwilę, przez nienaturalnie głośno przejeżdżające samochody. Na naszym polu namiotowym życie tętniło już od dawna – lokalne chłopaki grają w piłę i ukradkiem spoglądają w nasza stronę. Powoli się ogarniamy, robimy sobie śniadanie. Za chwilę nad głowami przelatuje nam samolot – czynność ta powtarza się co kilkanaście minut. Jak się okazało, podczas wczorajszego błądzenia okrążyliśmy lotnisko i rozbiliśmy się po jego drugiej stronie, tuż przy początku pasa, gdzie samoloty podchodziły do lądowania. To ja już wiem skąd ten hałas w nocy. Chłopaki przerywają sobie grę, podchodzą do nas i zaczyna się festiwal pytań. A skąd, a po co, gdzie pracujemy, czy znamy Lewandowskiego, czy możemy sobie zrobić z nimi zdjęcia itp. Całkiem sympatycznie, z angielskim też nie było u nich najgorzej. Po kilku minutach chyba się nami znudzili, bo zaczęło się kombinowanie: jeden mnie zagadywał, a ręka drugiego wędrowała do kieszeni mojej kurtki. Miałem tam tylko chusteczki, które wypadły na ziemię, kiedy się zorientowałem co się dzieje. Młody zrobił głupią minę, podniósł chusteczki i mówi że mi wypadły. No to najwyższy czas żeby się zbierać, tym bardziej że okolica nie zachęcała do długich pobytów.

 

"Afrykańska" pogodaZiomki z osiedla

 

Jedziemy prostą drogą do centrum, chcemy do popołudnia powłóczyć się po mieście i jechać dalej w Atlas. Dojeżdżamy do placu Dżamaa el-Fna, czyli niejako takiej wizytówki Marrakeszu. Jest to miejsce raczej pod turystykę: masa sprzedawców i naciągaczy różnego typu, panowie z wężami – za kilka dirhamów można zrobić sobie zdjęcie, przeróżni grajkowie, malarze, tatuażyści itp. Z pewnością to miejsce inaczej wygląda w nocy i jest szczególnie polecane w wielu przewodnikach. My niestety nie mam tyle czasu. Skusiliśmy się na sok ze świeżych pomarańczy za 10 DH (100 dirhamów to ok. 37 zł – 2014 r.) – co i tak było ceną dość wysoką. Ważne, żeby brać bez lodu, bo nie wiadomo skąd biorą wodę. Tak słyszeliśmy, więc tak zrobiliśmy. Pokręciliśmy się chwilę po placu, popatrzyliśmy na największy w mieście Meczet Kutubijja i wraz z całym rowerowym dobytkiem zanurkowaliśmy w wąskie uliczki marrakeskiej medyny, czyli starego miasta. Każde szanujące się arabskie miasto ma medynę. W Marrakeszu jest to w zasadzie olbrzymi labirynt wąskich uliczek i placyków wpisany na listę UNESCO. Podobno jak się wejdzie bardziej do środka, to niemożliwym jest wyjście samemu – wszystkie uliczki wyglądają tak samo. Przekonaliśmy się o tym dość szybko. Na szczęście zawsze można liczyć na pomoc tamtejszych mieszkańców – odpłatnie lub nie. Nam się udawało to drugie. Sama medyna to jak podróż do przeszłości. Składa się z kilkunastu suków, czyli targów. Można tu kupić wszystko, od telefonów komórkowych, przez sprzęt AGD, żywność, egzotyczne przyprawy, kiczowate pamiątki, dywany, aż po unikalne rękodzieła Barberów (rdzennej ludności Afryki Północnej) wytwarzane w zakurzonych warsztatach. Zafascynowani przeciskamy się przez zatłoczone uliczki coraz dalej, niespecjalnie śledząc nasza pozycję na mapie. Mimo, że jest grudzień i sezon się skończył to ulice są pełne, zarówno turystów jak i tubylców. Z naszymi obładowanymi rowerami wzbudzamy zainteresowanie. Raz jakiś gość oferował trzy wspaniałe skórzane torby za mój rower. Częstym problemem w medynach i nie tylko jest irytujące nagabywanie lokalnych handlarzy. „Wery speszal prajs for ju maj frend” jest już chyba wręcz legendarne. Nie wiem czy to przez porę w jakiej byliśmy, czy ze względu na nasz nietypowy rowerowy wygląd, nie doświadczyliśmy jakoś specjalnie tych zaczepek. Zdarzały się takie teksty i to dość często, ale zwykłe stanowcze „no” wystarczało. Na zakupy przyjdzie czas na końcu wyprawy. Włócząc się po medynie zahaczamy między innymi o Pałac Bahia, Meczet i medresę (szkołę teologiczną) Alego ibn Jusufa, jednak do samego meczetu jako niewierni nie wchodzimy. Kierujemy się dalej w stronę garbarni skór. Szybko zaczepia nas facet na motocyklu i mówi że pokaże drogę, tylko musimy za nim jechać. No fajnie, tego jeszcze nie było. Praktycznie cały czas prowadzimy rowery, bo niemożliwym jest jechać w takim tłoku. No nic, wsiadamy i jedziemy. Prosto, w lewo, w prawo, prosto, jedno skrzyżowanie, drugie, piąte. Gość momentalnie nam znikał z oczu, ale w newralgicznych miejscach zawsze na nas czekał. Po kilku minutach szaleńczej jazdy między ludźmi, osłami i innymi dziwnymi rzeczami jesteśmy przy garbarni. Facet macha na pożegnanie i jedzie po kolejnych potencjalnych klientów. Ja zostaję pilnować rowerów, Piotrki wchodzą do środka. Opłata jest jakaś symboliczna, kilka dirhamów. Przez te kilka minut siedzę i obserwuję ulicę. Turystów tu jakby mniej, okolica też jakoś bardziej „naturalna”. Śmierdzi gnojem i spalinami. Obok facet z wąsem sprzedaje owoce. Dalej jakaś lokalna stołówka, obok sklepy z wszystkim. Od ludzi aż kolorowo. Różnorodność ubioru jest ogromna – nie spodziewałem się, że można łączyć tyle stylów i elementów garderoby. I co najważniejsze, wygląda to tak, jakby tak właśnie miało być i już.

Jest już mocno po południu, kierujemy się powoli w stronę wyjazdu z medyny. Jak już wspomniałem nie jest to łatwe, ale trochę z pomocą ludzi wydostajemy się z tego labiryntu. Mijamy dwunastowieczną bramę Bab Agnaou, na której dzisiaj urzędują bociany i już jesteśmy na drodze wylotowej z miasta. Chcemy przejechać Doliną Ourika do miejscowości Setti Fama i dalej stamtąd w stronę znanego kurortu narciarskiego Oukamaidan. Kilka kilometrów za miastem zza chmur wyłania się ośnieżony Atlas. Zastanawiam się czy na pewno damy radę, bo z tej perspektywy góry wydawały się niedostępne.  Gdzieś w połowie drogi między Marrakeszem a Atlasem znajdujemy miejsce na nocleg. Od tego wieczora zaczęła się codzienna zabawa pod tytułem „znajdź w miarę płaski fragment ziemi bez kamieni”. Micha makaronu, coś na dopchanie i można spać. Już prawie zasypiałem i słyszę, że ktoś się kręci koło namiotu i zagaduje najpierw po francusku, później po angielsku. Solidarnie wszyscy trzej milczymy czekając na rozwój wydarzeń. Słychać jeszcze krótkie „good night” i tyle.

Na medyńskim rejonie jest kolorowo... Żółte złotówiaste mercedesy są wszędziePiotrki w labiryncie medynyMarrakeszKtórędy do wyjścia?Kierunek Atlas!

Rano wita nas bezchmurna pogoda, nawet nie jest zimno, jest rześko. Ośnieżony Atlas jest tuż przed nami. Kilkanaście kilometrów jazdy i teren się zmienia: jedziemy cały czas pod górę, dolina robi się coraz węższa. Mijamy powciskane gdzieś na stokach ciasno zabudowane wioski. Każda wygląda praktycznie tak samo – kilka przyklejonych do siebie dość dużych domów, meczet. Cały czas widzimy ślady po ostatnich intensywnych opadach deszczu. Już na lotnisku jakiś gość nam mówił, że trafiliśmy z pogodą, bo ma być ciepło – a ostatni tydzień to ciągły deszcz, a w górach śnieg. No i rzeczywiście: w niektórych miejscach droga w połowie zawalona osuwiskiem, czy naderwana przez rzekę. Sama rzeka nie wygląda specjalnie groźnie, ot zwykły górski potok, jednak okoliczne dwu i trzytysięczniki podczas opadów robią robotę. W takiej scenerii dojeżdżamy w końcu do naszego dzisiejszego celu i wiemy już, że nie ma się co pchać w górskie drogo-ścieżki, żeby przejechać do Oukamaidan. Traktujemy to więc jako rozgrzewkę przed faktycznymi górskimi etapami. Na miejscu od razu otacza nas ekipa samozwańczych przewodników, oferujących za kilka dirhamów wycieczki w góry, albo chociaż do fajnych wodospadów, które tu niedaleko są. Tak z 15 minut drogi. Piotrki idą, a ja zostaję pilnować rowerów – jeżeli faktycznie będzie co oglądać, to później pójdę ja. Jak nietrudno się domyślić, wodospady były znacznie dalej niż 15 minut drogi. Przez ten czas gadam z dość rozmownym facetem, który poczęstował mnie marokańskim specjałem, czyli berber whiskey. Z alkoholem nie ma to nic wspólnego, jest to raczej gorąca, miętowo-ziołowa i słodka herbata, bardzo smaczna. Picie i parzenie tej herbaty to jest swoisty rytuał w krajach arabskich. Gość opowiada mi, że jak na taki ładny dzień to nie ma dużo turystów. Mówi też o ostatniej powodzi, że to kara boska za to, że niektórzy ludzie w modlitwach wyrażali swoje niezadowolenie z przeciągającej się suszy i kiepskich plonów. No, coś w tym jest. Pyta się mnie jeszcze o konflikt we wschodniej Ukrainie, o którym wówczas zrobiło się głośno. Zaskoczył mnie tym pytaniem, w ogóle, że ktoś tutaj jest na bieżąco z sytuacją w jakiejś odległej Europie Wschodniej. Chłopaki wracają, jak się okazuje wodospady nie są aż tak niesamowite, więc odpuszczam. Zjeżdżamy tą samą drogą, w pewnym miejscu odbijamy na zachód, w kierunku jednej z głównych dróg przez Atlas.

Po noclegu na trawie wszyscy zadowoleni. A na marokańskiej ziemi wcale nie jest łatwo o kawałek równego terenu, który nie kłuje w plecyCzas zatankować rowery i uzupełnić paliwo w kuchence. Mieliśmy tylko jedną...Ośnieżony Atlas niczym Pamir, czy inne HimalajeTypowa marokańska wioskaZawsze można liczyć na pomoc tubylców - bez proszenia :)Setti Fama. Podczas gdy chłopaki wspinają się w górę, ja siorbię słodką herbatkę gdzieś tam w dole

Jeszcze wspomnę o pewnym ważnym, nazwijmy to, „incydencie”, który wpłynął na całą wyprawę, a rozpoczął się właśnie dziś. Jednym z warunków wyjazdu była kondycja pozwalająca na jazdę ok. 100 km dziennie w górskim terenie. Dzięki temu można było jakoś sensownie zaplanować trasę. Wiadomo, są różne losowe wypadki, czasem pogoda nie pozwoli na więcej, raz zrobisz ponad stówę, innym razem nieco ponad pięćdziesiąt. W każdym razie okazało się, że jeden z kolegów trochę zostawał w tyle. Nie był to żaden maraton, każdy jechał swoim tempem, ale zdarzyło się, że chwilami czekaliśmy na niego. No nic, bywa i tak, może po prostu każdy się inaczej „dociera”. Ale jak pod wieczór przez godzinę nie było go widać i myśleliśmy, że pomylił drogi, to trzeba było coś zaradzić. Sytuacja trochę kłopotliwa, bo jednak przyjechaliśmy tu razem, ale z drugiej strony każdy siebie zna i zna swoje możliwości. Piotrek przyznał, że faktycznie średnio daje radę. Doszliśmy więc do kompromisu – Piotrek będzie wstawał trochę wcześniej i wyjeżdżał chwilę przed nami, a gdzieś po południu, gdy go dogonimy to do wieczora pojedziemy razem. W przypadku niejasnej sytuacji drogowej ustalimy punkty, w których będziemy się spotykać. To chyba było najlepsze wyjście: każdy bez stresu pojedzie swoim tempem. W końcu, cóż może pójść nie tak?