alpy 2013

Trasa:

Dzień I – 151 km

Na początku towarzyszył mi pech. Pierwszy z nich to opóźnienie wyjazdu do Wiednia o jeden dzień – czyli miałem mniej czasu na zrealizowanie trasy. Kolejny to kolejki do kas na Dworcu Głównym w Krakowie, wskutek czego nie jadę tym pociągiem którym powinienem, tylko następnym. Swoją drogą, żeby w wakacje były tylko czynne 3 kasy na takim dworcu to tak może tylko PKP. No ale nic, jest nauczka żeby w przyszłości bilet kupować wcześniej. Po 45 minutach udaje mi się go kupić i niedługo później wsiadam w rzekomy „wagon z możliwością transportu rowerów”, w rzeczywistości rower jedzie z samego przodu składu. Gdybym zdążył na wcześniejszy miałbym ponad 2 godziny na dotarcie na dworzec PKS w Katowicach i spokojne spakowanie sprzętu, a teraz miałem tylko pół godziny. Żeby nie było zbyt łatwo, pociąg zatrzymuje się kilka kilometrów przed Katowicami i stoi ponad 20 minut z wiadomych sobie powodów. Dalej miałem jechać PolskimBusem, bilet miałem już kupiony i nie chciałem żeby przepadł więc zacząłem się nieco denerwować, co objawiało się chodzeniem po wagonie i zachęcaniem pociągu do dalszej jazdy „no jedź, #*&!#”. W końcu łaskawie rusza, docieram na dworzec i ekspresowo transportuję rower na miejsce postoju busa. Udaje mi się to niecałe 10 minut przed odjazdem, odkręcam koło i na szybko obwijam rower folią bąbelkową i pakujemy do środka. Kierowcy nieco marudzą że rower, że dużo miejsca zajmuje, że nie odpowiadają za uszkodzenia, żeby następnym razem telefonicznie poinformować że będzie rower. W sumie racja. No ale siedzę już, ulga że zdążyłem, następne zmartwienie na liście to „czy na pewno wszystko zapakowali”. Tak czy siak, próbuję zasnąć co nawet mi się trochę udaje mimo chrapiącego pana obok. Budzę się przed Bratysławą (która początkowo miała być początkiem wyprawy) i co? Leje. Nie pada, tylko leje, wycieraczki na największej mocy. No wspaniale, właśnie o tym marzyłem! Pierwszy większy wyjazd, zaczynać w zacinającym deszczu. Jednak im bliżej Wiednia tym deszcz był słabszy, aż w końcu niemal całkowicie przestało padać. Chociaż tyle. Wysiadam, skręcam rower, pakuję wszystko i jestem gotowy do drogi. Niestety zwiedzanie miasta odkładam na inny czas, chciałem być jak najszybciej w trasie, żeby nadrobić stracony dzień. Chwila błądzenia i już byłem na wylotówce na południe, wystarczyło się jej trzymać cały czas. Kieruję się w stronę miejscowości Wiener-Neustadt, przed którą miałem odbić na zachód. Jedzie się przyjemnie, wiatr w plecy, nawierzchnia nowa więc jak stół, no i najważniejsze – mimo niskich chmur nie pada! A w oddali nawet zaczyna się pojawiać parę większych wzniesień, więc pewnie nie będzie z tą pogodą tak źle. W końcu odbijam na zachód i po pewnym czasie wjeżdżam już w góry, zaczynają się niewielkie podjazdy. Na pierwszej przełęczy za miejscowością Gutenstein łapie mnie – jak się później okaże – pierwszy i niemal jedyny, krótkotrwały deszcz. W końcu natrafiam na znak informujący o podjeździe o nachyleniu 12% przez 2,5 km, z którym sobie radzę trochę średnio. No ale to pierwszy podjazd więc wybaczam sobie, na kolejnych będzie lepiej. Przed zmrokiem docieram do miasteczka Mariazell i szukam miejsca na nocleg. Jako że był to mój pierwszy na wyprawie decyduję się zapytać kogoś o miejsce na rozbicie namiotu, czyli „na gospodarza”. Trafiam na starszą panią, która grzebie sobie w niewielkim skalniaku niedaleko domku z dość dużym ogrodem. Pytam o możliwość rozbicia namiotu, odpowiada że musi zapytać szefa – i kieruje się do hotelu po drugiej stronie ulicy. No cóż, błędnie założyłem, że jest właścicielką tego domku. Ale ów szef zgodził się na namiot za hotelem na ogrodzie, więc mogłem ze spokojem położyć się spać.

Jadę sobie przez Austrię. Okolice Mariazell.

Dzień II – 146 km

Rano dziękuję za możliwość przenocowania, robię zakupy w miejscowym markecie i jazda. Na początek zjazd w dół i później wzdłuż rzeki. Jadąc robie w myślach podsumowanie czy wszystko kupiłem i moje myśli zatrzymują się na portfelu. Stop, grzebanie w sakwach – nie ma. Nagle olśnienie – został na workach z ziemią pod marketem. W tył zwrot i pędzę z powrotem do miasteczka po zgubę, zastanawiając się po drodze co zrobię dalej jeśli go nie będzie. Na szczęście był w tym samym miejscu, od tej pory zostało mi zboczenie –  zatrzymywania się od czasu do czasu i szybki przegląd czy wszystko jest. Ale okazuje się, że Mariazell nie ma zamiaru mnie szybko wypuścić – podczas zjazdu łapię gumę, więc pół godziny przerwy. W końcu wyjeżdżam z miasteczka i kieruję się drogą 24 na zachód. Długi czas jadę wzdłuż rzeki Salza, która z tego co widziałem cieszy się dość dużym zainteresowaniem w spływach pontonem. Takie trasy lubię najbardziej – po jednej stronie skały, po drugiej rzeka i też skały, kanion. W miejscowości Wildalpen przerwa na obiad – spowodowane było to natknięciem się na miejscówkę idealnie do tego stworzoną – pobliski stadion, ławki, stoły, bieżąca woda a wszystko to osłonięte od wiatru. Dalej kieruję się w stronę Liezen, po drodze przejeżdżając przez przepiękny Gesäuse National Park. Wieczorem docieram do celu, rozbijam namiot za jakąś szopą na polu kawałek za miastem.

     

Dzień III – 159 km

Wcześnie rano zwijam obóz, wracam do Liezen na zakupy i ruszam dalej. Słońce w ten dzień prażyło niemiłosiernie, pod wieczór musiałem kupić sobie krem do opalania bo ręce i nogi zaczynały nabierać koloru mojego śpiwora. Większość dnia jechałem dość ruchliwą drogą, w dodatku nie aż tak atrakcyjną widokowo jak poprzednie więc starałem się pokonać jak najwięcej kilometrów. Wyższe góry znów mi się pokazują w okolicy malowniczo położonego miasteczka St. Johann, gdzie po burżujsku zjadam Mcflurry z Maka. Od tego dnia do końca wycieczki towarzyszy mi ból ścięgien Achillesa, chyba je trochę przeciążyłem. Dość późnym wieczorem jestem w miejscowości Bruck, skąd zaczyna się podjazd na przełęcz Hochtor, jutrzejszy cel. Trochę ciężko mi znaleźć miejsce na rozbicie namiotu, w końcu jak jest już całkowicie ciemno decyduję się na nocleg w szopie z maszynami gospodarczymi i balami słomy, w końcu jutro jest niedziela więc chyba nikt normalny wczesnym niedzielnym rankiem nie będzie odwiedzał swojej szopy. Chyba.

Dzień IV – 103 km

Rano pogoda wyśmienita, słońce, trochę chmurek – padać nie powinno. Składam swój malutki obóz i słyszę samochód zajeżdżający pod szopę. Przez dziury między belkami widzę jegomościa zabierającego się do pakowania drewna do worka. Stwierdzam, że trzeba wyjść i wytłumaczyć się z nocnego wtargnięcia, że ja tylko na jedną noc, nic nie wziąłem, ja podróżnik. Tłumaczenie okazuje się zbędne, pan sam stwierdza że spałem, pyta gdzie jadę i życzy powodzenia. Uff, wyrozumiały gość. Zaczynam więc podjazd drogą zwaną Grossglocknerstrasse, na przełęcz Hochtor (2504 m n.p.m.), będącą jednym z najwyższych punktów mojej wyprawy. Bruck leży na wysokości niecałych 800 m n.p.m., więc mam do pokonania ponad 1700m w pionie. Docieram do bramek, dla samochodów i motocykli trasa jest płatna (20-30e), rowery jadą za free. Podjazd z początku ciężki, może dlatego że to właśnie początek i większość w lesie. Ponad górną granicą lasu jest zdecydowanie lepiej, jest na czym oczy zawiesić, właściwie widoki są tak niesamowite, że człowiek nie wie w którą stronę się patrzeć. Dobrze, że przynajmniej nie muszę patrzeć pod koła bo moja zabójcza prędkość nie pozwala na jakiekolwiek uszkodzenia, zresztą droga jest w bardzo dobrym stanie. Irytują jedynie motocykliści dość głośno przejeżdżający obok mnie. Im wyżej tym coraz ładniej, chmury się rozpraszają i nawet widać kilka trzytysięczników i lodowców wciśniętych pomiędzy skały. Zakręty wydają się nie mieć końca, ale odpowiednie tempo i krótkie przystanki do czasu do czasu i jedzie się całkiem przyjemnie. Od czasu do czasu ktoś pokaże kciuk do góry czy dodaje sił brawami z samochodu, miło. W końcu widzę przed (i nad) sobą jakieś zabudowania, myślę sobie – no, w końcu przełęcz! Okazuje się że jednak nie, jest to szczyt Eldeweisspitze, na którym mieści się jakaś gastronomia, jakiś hotel. Natomiast przełęcz jeszcze kawałek przede mną, więc kieruję się w tamtą stronę. Króciutki zjazd i znów pod górę. Po drodze mijam całkiem ciekawy mini-park geologiczny, z podpisanymi skałami i miejscami ich pochodzenia.  Niedługo później docieram do końcówki podjazdu, jeszcze tylko 400m w tunelu i jestem na przełęczy. Chwila odpoczynku, zdjęcia obowiązkowe, w końcu jestem wyżej niż można być w Polsce. Chmury podniosły się na tyle, że odsłonił się najwyższy szczyt Austrii, ośnieżony Großglockner (3798m n.p.m.). Rozpoczynam zjazd, czyli to co najlepsze po takiej wspinaczce. Dodatkowa masa na bagażniku pozwala dość szybko rozpędzić rower do całkiem niezłych prędkości. Kilkanaście minut później jest już w dolinie i kieruję się w stronę Lienz, mijając po drodze niewielkie miasteczka, z Wysokimi Taurami w tle. Po drodze jeszcze jednak krótki podjazd i zjeżdżam do Lienz, tutaj chyba pada rekord prędkości na wyprawie (72 km/h). Zjazd krótszy niż z Hochtor, ale więcej odcinków prostych więc można się rozpędzić. Mijam miasto, początkowo miałem plany dotrzeć do wieczora do granicy z Włochami, ale byłem zbyt zmęczony i zatrzymuję się w miejscowości Mittewald, w której znajduję dość ciekawy nocleg w pomieszczeniu gospodarczo-śmieciowym przy cmentarzu. Ważne że dach, sucho i nie trzeba rozkładać namiotu. Do pomieszczenia można było wejść od tyłu i od cmentarza. Podobnie jak wczoraj stwierdziłem, że szansa na przyjście kogokolwiek na cmentarz wcześnie rano jest dość nikła.

   

   

 

Dzień V – 65 km

Dzisiejszy dzień postanowiłem przeznaczyć na odpoczynek, tzn. tą część dnia która mi zostanie po dojechaniu do Cortiny d’Ampezzo. Rankiem powtórka z dnia poprzedniego – już prawie spakowany, słyszę głosy – żywych ludzi, nie zza grobu. Po chwili do pomieszczenia wchodzą dwie staruszki zapewne wyrzucić śmieci. Chyba nie spodziewały się tutaj nikogo rano, bo na mój widok padło krótkie „oh mein Gott”. Wytłumaczyłem trochę na migi moje wtargnięcie tutaj i ruszyłem dalej. Po przekroczeniu granicy z Włochami diametralna zmiana stanu nawierzchni na gorszą (chociaż i tak lepiej niż u nas). Kieruję się w stronę Cortiny i wjeżdżam w Dolomity. Przed samą Cortiną bardzo fajny i dość długi zjazd. Około 12 docieram na kemping i przez kolejne pół godziny próbuję rozbić namiot na wietrze i kamienistym podłożu. Resztę dnia byczę się w namiocie i spaceruję po okolicy, ścięgna dalej dokuczają.

Dzień VI – 75 km

Dopiero w południe zwijam obóz i po 12 jestem w trasie, no ale taki był zamysł żeby odpocząć. Kieruję się w stronę Passo Pordoi, po drodze zaliczając „jakąś przełęcz”, którą okazuje się ciekawa Passo Giau. Już od początku wyjazdu z Cortiny rozpoczyna się podjazd na przełęcz. Mimo słońca jedzie się dobrze, widoki niesamowite niemal przez cały czas. Chwilę (dłuższą chwilę) później jestem na przełęczy, wysokość 2236 m n.p.m. Wspaniały widok na Dolomity, w oddali Marmolada ze swoimi lodowcami i gdzieś tam schowana kolejna przełęcz, którą mam dziś przejechać. Fotki, chwila odpoczynku i zaczynam zjazd.  Po kilku zakrętach czuję, że coś dziwnie mi się jedzie. Okazuje się że w przednim kole niemal całkowicie zeszło powietrze. No to przystanek, szukanie dziury w dętce, jednak niczego nie znajduję, a nawet sprawdzałem w wodzie – nic. Pewnie wentyl. Miałem zapasową dętkę ze sobą, ale wolałem ją zostawić na coś gorszego. Składam wszystko do kupy i kontynuuję zjazd. Na dole skręcam na Pordoi i niedługo później zaczyna się podjazd. Było już dobrze popołudniu, ale zdecydowałem się na nocleg gdzieś za przełęczą. Ze względu na porę ruch na drodze był już niewielki, więc jechało się przyjemnie i po 20 staję na przełęczy (2239 m n.p.m.). Znów chwila odpoczynku i długi zjazd w dół. Od tej strony trasa jest chyba nieco bardziej wymagająca niż od tej od której wjeżdżałem – na szczęście. Gdy już zjechałem w dolinę, Marmoladę zostawiłem za sobą i zacząłem szukać noclegu. Kilkanaście kilometrów za Canazei odbijam w prawo na drogę do Bolzano, gdzie miałem być jutro. Było już ciemno i dobrze po 22 gdy z czołówką na głowię znajduję odpowiednie miejsce do spania. Była to jakaś klatka w której było nieco siana i stała trochę na uboczu. No ale najważniejsze, że była to klatka więc byłem bezpieczny. W nocy obudziły mnie jakieś odgłosy, prawdopodobnie to były dziki lub coś podobnego, ale chyba nie były mną zainteresowane. To był najwygodniejszy nocleg na całej wyprawie.

 

 

 

Dzień VII – 122 km

Na dzień dobry podjazd, w sumie nie wiem gdzie, okazuje się że to przełęcz Passo Costalunga (1745m). Nie zatrzymuję się tylko zjeżdżam w stronę Bolzano, był to chyba najlepszy i najdłuższy zjazd podczas całej wycieczki, w dół do samego miasta. Chwilę po nim błądzę, znaki drogowe uparcie kierują mnie na autostradę. W końcu znajduję ścieżkę, którą dojeżdżam do Merano. Po drodze mijam olbrzymią ilość rowerzystów w każdym wieku. Mają infrastrukturę, to jeżdżą. Upał niesamowity, ale nie robię przerw bo chcę podjechać dzisiaj jak najbliższej podjazdu na Stelvio. Za Merano odbijam na zachód i poruszam się wciąż ścieżkami, momentami nudnawo bo ścieżki prowadzą sadami. Wieczorem dojeżdżam do Prato allo Stelvio, gdzie decyduję się na nocleg na kempingu. Jazda w upale swoje zrobiła, zresztą chciałem odpocząć przed przełęczą. W miasteczku były 2 kempingi i oba z ceną aż 24€, po dłuższym namyśle zdecydowałem się jednak, zwłaszcza że na niebie nieco się burzyło. Za to kemping pierwsza klasa!

Dzień VIII – 81 km

Rankiem krótkie suszenie namiotu, zakupy i w drogę. Początek podjazdu bez większych zakrętów, dopiero za miejscowością Trafoi rozpoczyna się właściwa wspinaczka. Przełęcz Stelvio jest jedną z najwyższych przejezdnych w Alpach, leży na wysokości 2757 m n.p.m. i w sumie stanowi główny cel wycieczki. Strona od której podjeżdżam liczy 48 zakrętów, a w pionie pokonuję tym razem ponad 1800 m. Pogoda się trochę psuje, ale przynajmniej nie pada. Podczas podjazdu jestem masowo wyprzedzany przez mniej lub bardziej pro kolarzy, z tym że chłopaki mają nieco mniej na rowerach. Po wyjeździe z lasu ukazuje się końcowy etap drabiny, sprawiający wrażenie że to już niedaleko, a w rzeczywistości to jeszcze kilka kilometrów. Na przełęczy staję kilka minut po 13 i pierwsze co słyszę to polskie disco-polo wesoło dobiegające z głośnika przy restauracji. Zaczyna padać, więc chowam się pod dachem i rozmawiam chwilę z motocyklista z Gdańska. Rozpogadza się, więc zaczynam zjazd, podczas którego znów zaczyna padać, ale tym razem musiałem uzbroić się w pelerynę. Szwajcaria wita mnie remontem drogi i prędkość zjazdu momentami osiąga prędkość wjazdu. Kieruję się w stronę Zernez, wspinając się jeszcze na kolejną przełęcz – Pass dal Fuorn (2149m). Czuję już zmęczenie, chcę jak najszybciej zjechać a w dodatku w dolinie w którą się kieruję grasuje burza. Przed miasteczkiem łapie mnie chwilowa ulewa, ale jak się później okazuje jest to ostatni deszcz na wyjeździe. Podczas poszukiwania miejsca na nocleg uwagę moją przyciąga polska tabliczka w budynku przy kościółku „Uwaga zły pies”. No to się ucieszyłem, że ksiądz może Polak i będzie szansa na nocleg w suchych warunkach. Niestety nikt drzwi nie otworzył, więc ze względu na późną porę decyduję się na nocleg w kościółku.

 

 

Dzień IX – 142 km

Rankiem nisko wiszące chmury nie zachęcają do jazdy i jest dość chłodnawo. Z nadzieją że wyżej będzie lepiej ruszam w drogę, tym razem nie przestraszyłem żadnych kobiet. Dziś do pokonania mam przełęcz Fluelapass (2383m) na którą wjeżdżam w południe. Już kilka kilometrów za Zernez chmury zanikały, aż w końcu wypogodziło się całkowicie. Śniadanie na przełęczy i zjazd w dół, bardzo fajny bo dużo prostych odcinków. W Davos odbijam dalej na zachód. Przejeżdżam przez most, wysoko nad jakimś kanionem. Robię zdjęcia starszej parce, po chwili rozmowy zapraszają na nocleg od siebie. Gdyby nie to, że do pokonania jeszcze kawał drogi to bym z chęcią skorzystał, więc grzecznie dziękuję i jadę dalej. W okolicy Tusaun podczas zjazdu mijam parę sakwiarzy i kątem oka widzę sakwy Crosso, pewnie nasi. Dalsza cześć drogi to ucieczka przed burzami, które powoli zaczynały mnie otaczać. Nocleg w jakiejś szopie nad miasteczkiem.

Dzień X – 112 km

Dzisiejszy cel – dwie przełęcze: Oberalppass (2046m n.p.m.) i Furka (2436m n.p.m.). Pogoda super, nie ma upału i nie za chłodno. Rozpoczynam podjazd pod pierwszą przełęcz, po drodze mijam liczne pola golfowe. Przed południem jestem na przełęczy, ukazuje mi się bardzo ładny widok na dolinę i kolejną przełęcz, przez którą dziś przejadę. Szybki zjazd do Andermatt, jeden z lepszych (prawie każdy zjazd jest jednym z lepszych). Po zakupach zatrzymuję się przy drodze na murku na śniadanioobioad przed kolejnym podjazdem. Chwilkę później podjeżdża do mnie na oko pięćdziesięcioletni facet i zagaduje. Chwila rozmowy i decyduje że pojedziemy chwilę razem. Adolfo (tak się przedstawił) jedzie z Barcelony do Indii i z powrotem, ma nadzieję przejechać przez wszystkie wyższe pasma górskie po drodze. Ekwipunku ma trochę więcej niż ja, ale w tym dniu wszystko zostawił gdzieś na kempingu i robi objazdówę na lekko po okolicy. W trakcie jazdy dowiaduję się, że kilkakrotnie zjeździł Amerykę Południową. Bardzo podoba mu się mocowanie sakwy i ogólnie Crosso wywarło na nim dobre wrażenie. Jakoś w połowie podjazdu żegna się ze mną rusza nieco szybciej, do zobaczenia na przełęczy. Po 14 jestem na górze, fotka, chwila oddechu i krótki zjazd w dół – zatrzymuję się nieco poniżej przełęczy przy jęzorze lodowca Rhonegletscher. Można wejść do lodowca po specjalnie przystosowanej do tego ścieżce za jedyne 7 frankow, oczywiście korzystam z tej okazji. Po wyjściu ktoś krzyczy za mną coś po polsku. Okazuje się że to trójka sakwiarzy z Polski, rozmawiamy chwilkę i wymieniamy się informacjami co do dalszej trasy. Pogoda zaczyna się załamywać więc zjeżdżam w dół, nocleg spędzam na kempingu przed Mörel przy okropnie głośno szumiącym potoku. Jutro mam zamiar podjechać/podejść do punktu widokowego na największy lodowiec Alp, Aletsch.

 

Dzień XI – 110 km

Pogoda dopisuje, więc realizuję zaplanowaną trasę. Podjeżdżam do położonej 1200m wyżej miejscowości Bettmeralp, gdzie zostawiam rower i dalej trekking na jakiś punkt widokowy. Dojazd do miasteczka jest nieco zagmatwany, ale wybierałem drogi które prowadziły w górę :] Po niecałej godzinie marszu moim oczom ukazuje się większy fragment jęzora Aletsch, niesamowity widok. Zachęcony widokami decyduję się jeszcze podejść pod górną stację kolejki linowej, a stamtąd na szczyt Bettmerhorn (2872 m n.p.m.). Gdzieś podczas podejścia gubię telefon. Musiał mi wylecieć z kieszeni, kiedy wyciągałem czekoladę. Jak widać, nadmiar słodyczy szkodzi. Schodzę raz, szukam, pytam każdego po drodze czy widział ceglastą Nokię, nie ma. Wychodzę jeszcze raz żeby jeszcze raz prześledzić trasę, ale ciągle nic. Wpisuję do książeczki na szczycie swój adres z notką o zagubionym telefonie i klnąc na siebie, na telefon, na szczyt i ogólnie prawie na wszystko, zrezygnowany schodzę na dół. Nawet zdjęć mi się nie chciało robić. Biorę rower, na kemping zajeżdżam po 16 (planowałem być tu nie dłużej niż do 13). Dzwonię z przykempingowej restauracji do domu, że jadę dalej bez telefonu. Okazuje się że 4 godziny wcześniej ktoś niemieckojęzyczny dzwonił do domu i coś szprechał, ale domownicy nie wiedzieli o co chodzi. Jak połączyli fakty to szybko poszedł sms po niemiecku z zarysem sytuacji i prośbą o odesłanie telefonu (koniec końców sprawa zdechła). Wieczorem dojeżdżam do Sion, jedzie się bardzo przyjemnie, szeroka droga obok autostrady i w dodatku osobny pas dla rowerów – jechać nie umierać. Spędzam noc w winnicy („raczej nocą nikt się nie kręci po winnicy, więc powinno być ok”) przy magazynie, z ładnym widokiem na miasteczko.

 

Dzień XII – 129 km

Budzę się w nocy, a dokładniej budzi mnie silnik samochodu zajeżdżającego pod magazyn. Warstwa śpiwora stanowi bezpieczną i niemal nienaruszalną granicę ze światem zewnętrznym, więc się nie ruszam i czekam na rozwój wydarzeń. Nikt nie przychodzi, nikt nie wygania, ale za to przez minimum godzinę okoliczne rzędy winorośli są chyba trute, czy tam czymś nawożone. Wyglądało to tak że pan w kombinezonie i masce pchał przed sobą jakby kosiarkę tylko większą i wyższą, a z dysz bo obu stronach tego monstrum leciało coś niezidentyfikowanego. Dobrze że nie zdecydowałem się na spanie pomiędzy rzędami. Po ok. godzince pan odjechał a ja mogłem spać dalej. Rano ładny wschód słońca, szybko zbieram swój dobytek i jadę w stronę Martigny. W mieście zwiedzam ruiny amfiteatru i rozpoczynam podjazd pod ostatnie dwie przełęcze – Forclaz (1527m) i Col de Montets (1427m). Szczególnie męczy mnie ta pierwsza, pewnie przez upał. Gdy osiągam tą drugą moim oczom ukazuje się rozległy masyw Mont Blanc. Od razu jedzie się lepiej, jest na co  popatrzeć. Co chwila przerwa na foto, szczególnie fotogeniczne są lodowce spływające z masywu i Augille du Midi ze stacją kolejki na szczycie. Wjeżdżam do Chamonix i jeszcze szybciej wyjeżdżam, tłok niesamowity, masa turystów i żar z nieba. Kieruję się w stronę Cluses, za plecami mając cały czas potężny masyw „Dachu Europy”. Do Cluses dojeżdżam wczesnym wieczorem, do Genewy zostaje mi ok 50 kilometrów więc decyduję urozmaicić sobie trasę i odbijam na północ. Po krótkim podjeździe zatrzymuję się w miasteczku Taninges. Jeszcze nie zdążyłem usiąść na ławce, a już podjeżdża do mnie facet na rowerze, przedstawia się jako Vasyli i pyta gdzie jadę, gdzie śpię itp. Oczywiście po francusku, od czasu do czasu wplatając coś po angielsku. Odpowiadam że jeszcze nie wiem gdzie będę spał, ale w namiocie ogólnie. Na to mój rozmówca się ożywił i próbuje mi wytłumaczyć drogę na jakiś kempingo-grill na którym są jego znajomi. Jest dużo jedzenia, dużo grilla, dużo wina, piwa i w ogóle dużo wszystkiego. Zachęcająca perspektywa! Każe mi zaczekać przy kościółku a sam gdzieś jedzie na 10 minut. Po chwili wraca z wypchanym plecakiem i prowadzi mnie nad jeziorko, gdzie faktycznie, stoi kilka zdezelowanych kamperów, przy ognisku siedzi kilkanaście osób a wokół nich biega podobna ilość psów. Wesoła kompanija. Krótkie zapoznanie i już dołączam do biwaku, zostałem ugoszczony wszystkim wymienionym powyżej :p Mimo że po angielsku potrafiły mówić ze 3 osoby to i tak było wesoło. Posiedziałem do północy z towarzystwem i dziękując położyłem się spać. Miła niespodzianka na ostatnim noclegu.

    

Dzień XIII – 53 km

Wcześnie zwijam namiot, nie chcąc nikogo budzić piszę na kartce podziękowania i kieruję się w stronę Genewy. Za moimi plecami od czasu do czasu wynurzał się lśniący w słońcu masyw Blanca. Po niespełna trzech godzinach jestem w Genewie. Przed samym miastem mam jeszcze kontrolę policji. Myślałem że jadę pod prąd którąś z uliczek i że będzie mandat na koniec, ale na szczęście była to zwykła kontrola, pan policjant zapytał o cel podróży i zaglądnął w sakwę i puścił wolno. Dojeżdżam na dworzec autobusowy w Genewie, składam rower i po 15 ruszam do Polski. Koniec wycieczki, trud skończony.

     

Podsumowując, trasa niemal w 100% wykonana, zabrakło tylko odskoczni do Zermatt i zapory na Lac de Mauvoisin, ale na pewno kiedyś tu wrócę. Przejechałem ok. 1400 kilometrów w 12,5 dnia, na rowerze spędzałem po 7-9 godzin dziennie, średnia dzienna wahała się od 14 do 19 km/h.

Cała galeria dostępna tutaj.