karpaty wschodnie 2016

Trasa:

Wcześnie rano melduję się na granicy w Krościenku. Co prawda nie jest to przejście pisze, ale podobno można z rowerem. Pierwsze okienko spoko, drugie też – padają pytania gdzie jadę. W trzecim pan pogranicznik zaczął robić problemy, że muszę być na karteczce, podpięty pod jakiś samochód. Muszę! No to się cofam, wychodzi inny pogranicznik i pyta czemu się cofam. No bo tamten pan nie puści! A w tych okienkach byłem? – pokazuje na dwa wcześniejsze. Byłem, pieczątka jest. No to jedź i się nie przejmuj – machnął ręką. To pojechałem. Kieruję się w stronę Chyrowa, a następnie na Stary Sambor. Jadę drogą mocno średniej jakości, ale nie tragiczną. Ot, łata na łacie, od czasu do czasu dziura, ale nie trzeba jechać slalomem. Myślałem, że będzie gorzej. Oczywiście że będzie, ale jeszcze nie tu. Mijam pierwsze wioski z wyraźnie zadbanymi cerkwiami. Za Starym Samborem mijam żydowski kirkut, przy którym przystaję na chwilę. Kilka kilometrów za miasteczkiem szok, nowiusieńki asfalt! Czarny, równy, miodzio. Jedzie się przyjemnie, wzdłuż linii kolejowej do Użgorodu. Na dole widać budkę strażnika – takowe znajdują się przy każdym wlocie i wylocie tunelu. A tuneli całkiem sporo w tamtym rejonie. W ogólnie sama linia kolejowa poniżej przełęczy Użockiej należy do jednej z ładniejszych w Europie. Wiadukty robią wrażenie, zawieszone kilkanaście metrów nad drogą. Za Turką rozpoczyna się większy podjazd, wciąż po nowym asfalcie. Widoki na miasteczko i południowo-wschodni kraniec Gór Sanocko-Turczańskich, które lecą aż do Sanoka właśnie. Dalej pokazują się nasze Bieszczady – z tej strony wyglądają rewelacyjnie, od Halicza po Bukowe Berdo i dalsze Połoniny. Po lewej natomiast mam Beskidy Skolskie, pasmo Pikuja i Połonina Borżawa. Fajny punkt widokowy, akurat można odpocząć po dość stromym podjeździe od strony Turki.

Przejście graniczne w Krościenku Linia kolejowa do Użhorodu Jedna z wielu cerkwi 

W ogóle to, zapomniałem wspomnieć, pierwotnie zakładałem przejazd połoninami – górą właśnie, dalej Połoniną Krasną, Świdowcem. Trochę się plany zmieniły, zakarpacie przecież nie ucieknie. Wracając do trasy, dojeżdżam do Sianek. Sianki leżą tuż przy granicy z Polską, bo drugiej strony Sanu, który w tym miejscu jest strumykiem. Sianki dobrze widać ze szlaku do źródeł Sanu właśnie. Po polskiej stronie ze wsi nie zostało praktycznie nic poza ruinami – zainteresowanym polecam zaglądnąć tu. Podjeżdżam do sklepiku we wsi, drzwi zamknięte i zastawione krzesłem, aha. Robię odwrót, ale widzę że z pobliskiej chałupy wychodzi nieogolony podejrzany typ i otwiera przybytek. No tak, jak nie ma klientów to po co tkwić za ladą, genialne w swej prostocie. W międzyczasie przyszły jeszcze 3 osoby i śledzą moje zakupy. Jakiś pomidor, serek, browar i kola. Wielkiego wyboru nie ma, ale podstawowe produkty są. Pod czujnym okiem innym klientów płacę niewielką kwotę za zakupy i siadem pod parasolem przed sklepem, by w ślad za dwoma dość głośno dyskutującymi tubylcami wypić zimny złocisty napój. Jadę dalej, za Siankami przed przed Przełęczą Użocką odbijam w lewo, tędy kawałek drogą i później ścieżką można się dostać na Pasmo Pikuja. Po jakichś dwóch kilometrach droga zmienia się w błotnisty szlak. Za mną przyjeżdża Ukrainiec w Renówce i stwierdza „katastrofa”! No, rzeczywiście. Można utonąć w tym bagnie. Próbuję przejść na lekko, niby się da. Dalej ścieżka wygląda lepiej, ale cholera wie co będzie za, powiedzmy pińćset metrów. Gość krzyczy, że tam poniżej jest droga do wsi i on nią pojedzie. No spoko, ale ja chyba podziękuję. Dwa dni wcześniej solidnie tu lało, przechodziły burze. Decyzja zapada, pojadę dołem, bo jak mam pchać rower po błocie to tylko się owk*rwiam, zero przyjemności z jazdy. Dojeżdżam do przełęczy, gdzie przechodzę przez kontrolę dokumentów, na którą każdy jest zatrzymywany. Stąd zaczyna się niemal trzydziestokilometrowy szlak na Pikuj. Ja zjeżdżam w dół – wszystko spoko, ale droga strasznie do dupy, także nie poszaleję, to nie Alpy. Ale sam fakt jazdy tutaj powoduje banan na mojej twarzy. Ileż to razy palcem albo kursorem na mapie błądziłem w tych okolicach, które przecież od naszej granicy dzieli nawet kilkaset metrów. Albo miejsca te są dobrze widoczne z niektórych części i szlaków bieszczadzkich. A przecież jeszcze nie tak dawno temu na tych terenach istniało więcej wiosek tętniących życiem, gdzie do sąsiada można było podejść przez płytki tutaj San. Co dalej się wydarzyło w tych rejonach, każdy mniej lub więcej wie, niestety. Pogrążony w myślach tego typu, mijam Użok i skręcam w lewo, w dolinę między Pasmem Pikuja a masywami Ostrej Hory i Riwnej. Droga ta na mapach chociażby na googlu jest oznaczona kolorem żółtym i wygląda na taką w miarę główną w regionie. Ta, główną. Początkowo wygląda całkiem nieźle, ale dalej jest gorzej. Asfalt zaczyna się dopiero poniżej wsi Roztoka, a faktycznie asfalt jaki my znamy (bez dziur) to dopiero kawałek przed Paszkowicami, czyli sporo przede mną. Ciekawe czy ta droga jest przejezdna zimą. Nad wsią Husny, w krzakach przy drodze rozbijam namiot. Na kolację ciepły makaron, chłodny browarek i lulu. W nocy budzi mnie deszcz. No tak, w środę miało padać. Budzę się rano, dalej kropi. Wychylam łeb przez namiot i pogoda nie napawa optymizmem. Mimo wszystko dałoby się jechać, niebo co prawda zasnute chmurami i nic poza tym. Nie skończyłem jeszcze śniadania i się rozlało na dobre. No fajnie, dzisiaj jazda z głowy. Zostało mi tylko obserwowanie chmur od czasu do czasu. Koło południa już miałem dość. Nie lubię siedzieć długo w jednym miejscu, a tu wcale nie zanosiło się na poprawę. Na telefonie nic nie zrobię bo bateria, książki nie mam bo po co wozić dodatkowy ciężar. Więc kimałem, jadłem, znów kimałem, wystawiałem łeb, jadłem, kimałem. Krowy i dzieciaki z doliny poniżej podchodziły mi chyba pod sam namiot. Koło 16-17 zaczęło się wypogadzać i w końcu coś więcej widać: chałupy u stóp połonin, parujący las czy mieszkańców podczas wiejskich zajęć. Zdecydowałem, że ruszę jutro rano, nie chciało mi się już pakować, a jakoś wiele bym nie ujechał. Spędzam więc jeszcze jedną noc, jako nowy chwilowy mieszkaniec Husnego. Te same dzwonki krów mi towarzyszyły na dobranoc, te same koguty mnie budziły następnego dnia. Rankiem pogoda jak marzenie! W końcu widzę najbardziej południowy fragment naszego kraju – od prawej Opołonek, dalej Rozsypaniec i po lewej Kińczyk Bukowski, czyli połoniny niedostępne szlakiem od nas. Ale fajnie popatrzeć na to od drugiej strony. Pakuję się, cykam jeszcze foty kuniom jednym i drugim i jadę. Kilkanaście minut później osiągam przełęcz, nazwijmy ją Nad Roztoką, skąd roztaczają się piękne widoki na polskie Bieszczady i dolinę, w którą zjeżdżam. Droga cały czas w dół, ale z rękami na hamulcach. Mijam spokojnie wioski, w których można uzupełnić wodę, cerkwie o złotych dachach, ale przede wszystkim mam świetne widoki na połoninę Pikuja i sąsiednią Ostrą Horę. Przed Paszkowicami rzeczywiście zaczyna się cywilizowany asfalt. Mijam Źdenijewo, w którym powstają jak grzyby po deszczu ośrodki noclegowe – niektóre całkiem ikskluziw.


Wiadukt poniżej Przełęczy Użockiej Kunie z Husnego Najbardziej południowa część naszego kraju widziana z Przełęczy nad Roztoką. Po lewej Kińczyk Bukowski, po prawej Opołonek

Husny Jedziem na Pikuj Perekhresnyij

Dojeżdżam do drogi łączącej Mukaczewo ze Stryjem i dalej ze Lwowem – kilka kilometrów na północ i skręcam w stronę Wołowca. W połowie tej drogi na zakręcie mijam leżące na poboczu skrzynki z jakimiś mandarynkami i prowizoryczny krzyż – wyglądało to na w miarę świeże (o ile kilkudniowe mandarynki na drodze mogą tak wyglądać). Chyba był tu jakiś wypadek, ale nie dziwię się – droga szeroka i dobrej jakości, więc zapieprzają wszyscy, z tirami włącznie. Poza mną, bo pod górkę. Z górki to wiadomo. Więc cieszę się że zjechałem w mniej uczęszczaną drogę. Tutaj jedyną przeszkodą na drodze są krowy, maszerujące całą szerokością drogi. Za plecami od czasu do czasu pokazuje mi się stożkowaty Pikuj. W takiej scenerii docieram na przełęcz nad Wołowcem, skąd widać samo miasteczko i fragment Połoniny Borżawy – Wielki Wierch. W sumie podając ładnie za Wikipedią powinienem powiedzieć osiedle typu miejskiego. Tak to w sumie wygląda, ni to wieś ni to miasteczko, ponad 5 tys. mieszkańców. Jadę dalej wzdłuż rzeki Repinki, czasem mijając coś ciekawego – na przykład rozładunek jagód przywiezionych z połonin. Jest to popularna forma zarobku w tych okolicach. Mijam kolejne osiedle typu miejskiego – Miżhirję (9 tys. mieszkańców). Wstępuję na obiad do jakiejś knajpki – barszcz, pierogi i piwko – 80 hr. Ale jakie to było, kurczeż dobre! Zadowolony kieruję się na drogę do Koloczawy. W międzyczasie se wymyśliłem, że skoro nie jadę górą, to może na górę wyjdę? A gdzie można to zrobić, jak nie w Gorganach. Najdzikszych, ciężko dostępnych górach! Tak właśnie! Tak zrobię. Wspinam się więc mozolnie na przełęcz Synewyr, która wyrosła mi na drodze. Idzie ciężko, bo najedzony, to do domu. Widać zmianę charakteru gór, jakiś gorgan już mi się pokazuje. Droga na przełęcz jest, delikatnie mówiąc, podłej jakości. Co prawda bez dziur, ale strasznie wyboista i złożona z kilkunastu rodzajów łat różnego wieku. Za to na samej przełęczy widoki bardzo ładne, w stronę doliny, którą właśnie się toczyłem, pokazuje się masywna Połonina Krasna, oraz potężna Strimba, czyli mój jutrzejszy cel. Długi zjazd w dół, droga trochę lepsza po tej stronie więc jedzie się fajnie. W dolinie mamy trzy wsie, ciągnące się prawie przez 20 km: Synewir, Nehrowiec i Koloczawa. Sama Koloczawa to wieś mocno zaniedbana, z olbrzymim potencjałem turystycznym. Ma kilka muzeów, chociażbym Muzeum Ateizmu czy Linii Arpada. Czuć tutaj góry, po lewej stronie mam masyw Połoniny Piszkonii z Negrowcem, a po prawej strome zalesione zbocza gór Mersza i Tapesz. Czas na trochę geografii! W sumie ta droga rozdziela dwa pasma górskie: Gorgany, na północny wschód i Połoninę Krasną na południowy zachód. Z tym, że pisząc „Połonina Krasna” nie mam na myśli jednej górki – jest to całe pasmo z kulminacjami, ciągnące się przez kilometry. To tak jakby mówiąc „Bieszczady” miałbym na myśli jedną długą górę, od Smereka na Wetlińskiej po Kińczyk Bukowski. No w sumie to trochę tak jest. Tylko tutaj jest ciągle połonina i ciągle jest wysokość. Tak w uproszczeniu. No i Gorgany. Jak ktoś nie wie co to jest gorgan – u nas podobne formacje skalne można obserwować w Karkonoszach czy w Łysogórach – czyli takie rumowiska skalne. Zatem masyw Piszkonii i Strimby należą do Gorganów, ale są chyba najmniej gorgańskie z wszystkich – gorganu tam niewiele, za to w najwyższych partiach występuje połonina – co na wysokości 1,7 tys. m całkiem ładnie wygląda, nie powiem. Dobra, wracamy do jazdy, ubzdurałem sobie, że tutaj sobie pośpię cywilizowanie. Na apce (maps.me – swoją drogą polecam, świetne mapy – od źródełek, po ścieżki, knajpy, słupy wysokiego napięcia itp) pokazują mi się dwa pensjonaty na końcu wsi, blisko szlaku na Strimbę. Ale fajnie. W połowie wsi asfalt się kończy, jeden pensjonat niby minąłem – nie mam pojęcia jak wyglądał, bo go nie znalazłem. Inny minąłem zaraz na początku, ale nic o nim nie wiedziałem – a wyglądał jak schronisko Kremenaros w Ustrzykach Górnych. W razie czego, będzie jako opcja zapasowa. Kolejny znajdował się na samym końcu wsi. Przy okazji, skoro już jesteśmy przy drodze na końcu wsi – jest to taka droga pułapka. Owszem, na mapach widnieje jako droga, nawet jak żółta – czyli coś tam jeździ, nie? Nie. Wspomniałem już, że wcześniej skończył się asfalt. Jadąc tą drogą dalej, w stronę wsi Ruśka Mokra droga się w końcu skończy i zmienia w ścieżkę, a później w koryto potoku. Przez kilka km brnie się w takim potoku i w końcu znów jest coś na kształt drogi. W sieci można się nadziać na relacje osób, które powierzyły swój los mapom, albo osób które wiedząc co ich czeka, specjalnie wybrały się into the wild. Dobra, my tu o rzece, a tymczasem nasz podmiot liryczny znajduje upragniony pensjonat. Wygląda na w miarę nowy, kilka domków letniskowych połączonych ze sobą, jadalnia i jeden większy domek, przed którym spotykam właścicielkę. Wolne pokoje jakie zostały, to tylko trzyosobowe. Oho, przepłacę. A ile za cały pokój? 200 hr. Szybka kalkulacja, biorę! Pokoik ładny, ogólnie czysto, schludnie. Łazienka z porządnym prysznicem to to czego mi brakowało. Lulu.
Wstaję wcześnie, szybkie śniadanko (nieśmiertelna kaszka Mleczny Start), pakuję się i ruszam na Strimbę. Rower zostawiam pod domkiem, sam biorę pół litra wody, dwie kanapki. Pod szczytem jest źródełko, więc uzupełnię. Wczoraj zasięgnąłem informacji, i wynikało że szlak na Strimbę jest, ale trzeba się trochę wrócić. Można też tędy – w górę biegła jakaś droga. No to idę tędy. Po drodze mijam facetów prowadzących krowy na fullwypas. Panie, a na Strimbę to tędy? Tędy. Super, спасибi! A, pierwszy raz?- krzyczy za mną. Tak. A to czekaj. I tłumaczy: jest droga, cały czas tą drogą. Będzie w lewo, to nie w lewo, nie w prawo, tylko do oporu. Cały czas do oporu i wyjdę na szlak. Do oporu i wyjdę, powtarzam. Dobra, спасибi! Lecę dalej, rzeczywiście mijam inne dróżki, ale dzielnie prę do oporu. Droga się kończy, rozgałęzia się na dwie części – żadne nie wygląda na główną. Z tym, że ta po lewej strasznie ubłocona, widoczne ślady po kołach quadów czy czegoś innego. No to wybieram drugą. Ścieżka robi się coraz ciaśniejsza, aż zmienia się w prawie wyschnięte koryto potoku, stromo pnąc pod górę. Coś tam ciekło, masa gałęzi, ale wciąż wyglądało to na ścieżkę i dało się iść. Aż doszedłem do takiego momentu, w którym przyznam trochę zwątpiłem. Jedna ścieżka wyglądała gorzej od drugiej. Stromo jak diabli, śliskie kamienie przykryte grubą warstwą wilgotnych liści. Ale kieruję się na lewo – według mapki jakieś 400 m w linii prostej od tego miejsca jest szlak. Brnę więc w górę na przełaj, cały czas chwytam się gałęzi, bo ciągnie w dół. Wyjść jeszcze się da, ale jakbym miał tędy schodzić to bym poleciał na ryj. W pewnym miejscu korytko się kończy i przedzieram się przez chaszcze po śliskiej ściółce leśnej. Super trasa bulwo, dzięki Panowie od Krów. A może to ja coś schrzaniłem? Pewnie trzeba było iść tam gdzie te ślady po quadach. Szlak coraz bliżej, 200 m, 100 m. Nie jest to łatwe w takim terenie. W końcu wygramoliłem się na szlak. Wspaniale! Nawet kilkanaście metrów przede mną widzę trzy osoby. Szybko je wyprzedzam i pędzę do góry. Tutaj szlak jest elegancko oznaczony na niebiesko, czasem zmienia się w węższą ścieżkę, czasem w szerszą – wręcz bieszczadzką. Ponad lasem, w końcu zaczynają się widoki. Po ponad dwóch godzinach jestem na szczycie (1719mnpm), sam. Sam, u nas w taką pogodę to raczej nie do pomyślenia, w takich miejscach.Widoki naprawdę zacne. Na horyzoncie widać zarysy Bieszczadów, dalej wystaje Pikuj, Beskidy Skolskie. Przede mną mam imponującą połoninę Piszkonii. Dalej całe pasmo Gorganów, łączące się w niewiadomym miejscu ze Świdowcem. Wystają nawet czarnohorskie dwutysięczniki: Howerla, Pop Ivan, Pietros. Z drugiej strony Połonina Krasna zwana również Czerwoną w całej okazałości, z charakterystycznym dwustumetrowym żelaznym masztem na jednym ze szczytów. Gdzieś na drugim planie widać góry pogranicza ukraińsko-rumuńskiego W dole widać ciąg zabudowań wiosek, które wczoraj mijałem. Nad nimi wyrastają kulminacje Krasnej: Tapesz i Mersza. Panoramę zamyka długa połonina Borżawy. Po prostu góry jak okiem sięgnąć.


Fragment Piszkonii Połonina Krasna z masztem na Topazie Strimba, tam wyjdę Wołowiec u stóp Borżawy

 Na Strimbę Na Stribmę Gorgańskie ścieżki :)

Koloczawa Jacek
 

Olbrzymie przestrzenie – szczyty Gorganów wystają mocno ponad otaczające doliny, co potęguje wrażenie ich ogromu. W Tatrach niby też tak mamy, wychodząc chociażby na Rysy czy inne wyższe dwutysięczniki jesteśmy kilometr ponad doliny, jednak ma to trochę inny charakter. Tutaj czuć taką swobodę, wolność. Góry po horyzont. Naprawdę polecam. Posiedziałem z godzinkę na szczycie, w drodze powrotnej uzupełniam wodę. Schodząc mijam trójkę spotkaną przy podejściu, nie spiesza się. Schodzę już normalnie, szlakiem. Z dołu widać skąd przyszedłem – trzeba było od razu iść tą ścieżką, ja wylazłem z doliny po prawej: Koło 13.33 odjeżdżam, w Kołoczawie jest akurat odpust więc mijam dużą ilość kolorowych kiecek, które u nas uznane zostałby za folklor. Znów się wspinam na Przeł. Synewyr i znów z niej zjeżdżam. W Miżhirji skręcam w prawo w stronę Torunia i Wyszkowa. Droga ta, od północy jest taką trochę bramą w Karpaty, ale szczerze nie polecam – za chwilę dowiecie się dlaczego. Jadę kawałek tą drogą, robi się późno i powoli szukam miejscówki na nocleg. Rozbijam się przy rzece Rika, z widokiem na gorgański Smerek. Znalazłem kawałek równego terenu wolnego od krowich gówien i śmieci, co nie było proste. Nad ranem ktoś się kręcił przy namiocie, kawałek dalej widziałem trzy rowery, a jeszcze dalej facetów koszących trawę, pewnie oni. Szybkie śniadanie, pakowanko i jazda. Dzisiaj mam zamiar przejechać trochę więcej, po drodze zaliczyć dwie przełęcze – Toruńska i Wyszkowska, obie blisko siebie. Wspinam się mozolnie pod górę, mijam sielskie chałupy i cerkiewki. Koło południa jestem na Przełęczy Toruńskiej (941). Przerwa na żarcie, rozglądam się po okolicy. Tu ma początek kilka ścieżek w Gorgany i w Bieszczady Wschodnie, widać więc nawet turystów. Na samej przełęczy stoją wiaty, kawałek dalej mini biwak z kilkoma namiotami. Sympatyczne miejsce. Kilkanaście minut później jestem na kolejnej przełęczy, Wyszkowskiej, kawałek powyżej wsi Wyszków. Po drodze mam ładne widoki na Gorgany – ich północną, dzikszą (podobno) część. Apropo jeszcze tych przełęczy i rzeki Riki – jest to granica między Gorganami a Bieszczadami Wschodnimi. Z małą poprawką na Smerek widoczny na zdjęciu poniżej – mimo, że szczyt leży na zachód od Riki, to przynależy do Gorganów. Więc znów po obu stronach mam różne masywy górskie. Chwila przerwy i jadę w dół. No i tu zaczyna się cyrk. Zaraz za Wyszkowem zaczyna się zjazd, droga wygląda fatalnie. Może to za słabo powiedziane, droga wygląda kurewsko bardzo  źle. Żeby nie było, widziały gały gdzie jechały. Zjazd odbywał się chyba wolniej niż podjazd, co jest ewenementem. Zastanawiałem się w odstępach pomiędzy k*rwami rzucanymi w gorgański las, czy gorzej jest jechać tędy obładowanym rowerem, czy osobowym samochodem. Na takim fullu to by tu śmignął aż miło. Minąłem się z jakimś Nissano Navaropodobnym wytworem, z dużo wyższym zawieszeniem, gdzie koła chodziły jak piłeczki na sprężynach, ale i tak jechał ostrożnie. Później wyprzedziła mnie łada pędząca na złamanie karku, której to kierowca miał w dupie wszystkie dziury. Albo nie miał hamulców. Taka przygoda ciągnie się przez około 10 km. Kawałek poniżej przełęczy zatrzymuje się koło mnie podjeżdżająca w górę Meganka, nowszy rocznik. Czy długo jeszcze jest taka droga? Mówię, przez jakieś 3 kilometry jest jeszcze gorsza. Gorsza? – pan wyraźnie się zasępił. Ale później jest w miarę w porządku, nie ma aż takich dziur – pocieszam faceta, przecież nie będzie nadrabiał dziesiątek kilometrów przez Stryj. Cóż, wówczas nie znałem dalszej drogi, skąd gość przyjechał, a dokąd ja jechałem – teraz bym mu powiedział, że droga jest taka sama przez te 3 km. Także nie polecam tej trasy, na pewno da się ją zrobić i osobówką, ale kosztem wielu nerwów i czasu. Na mapie fajnie to wygląda, najszybszy dojazd w serce Karpat Wschodnich – rzeczywistość jest równie wschodnia. W końcu droga się poprawia, od czasu do czasu mijam wiaty i miejsca na biwak, zwykle oblegane. Fajny sposób na spędzanie wolnego czasu, zdecydowanie więcej tego niż u nas. I to nie tylko w punkach widokowych. Jadę dalej w dół, bezludną okolicą. Przerwa na kąpiel w rzece, od razu lepiej się jedzie. Dojeżdżam do Doliny, gdzie jest jakiś festyn, gra kapela ska-punkrokowa. Mam ochotę zostać, kupić różową watę cukrową na patyku i posiedzieć, ale trzeba jechać. Tu skręcam w stronę Stryja. Gorgany zostają za plecami, koniec górskich etapów. W połowie drogi w lesie przekraczam granicę obwodów – Iwanofrankowski żegna, Lwowski wita. Przy drodze cmentarz, chyba z I WŚ. Dalej przejeżdżam przez Stryj, do którego wjeżdżam przez most na rzece o tej samej nazwie. Zatrzymuję się tylko na chwilę, żeby popatrzeć na zniszczony most obok o ludzi wypoczywających przy rzece. Dalej przez Drohobycz i kawałek za miastem szukam miejsca na nocleg. Znalazłem skrzyżowanie na jednym z wielu wzniesień, skręcam w lewo w polną drogę. Kilka metrów od drogi znów polne skrzyżowanko – po lewej ściernisko, po prawej ściernisko, na wprost droga polna. Idę w lewo. Wygląda na skoszone już chwilę temu więc fajnie, tylko te ślady. Dużo śladów, jakby ktoś jeździł już po skoszonym ściernisku. No ale kto by miał to robić w nocy? Znalazłem nie kłujący fragment, już mam się rozkładać, oglądam się do tyłu – ktoś jedzie. Nie jedzie drogą. Jedzie, cholera jasna, ścierniskiem! I to dostawczakiem! No to dupa, nie chcę żeby mnie rozjechali w nocy. Za chwilę gość zawraca i jedzie w tą polną drogę. Fakt, że za 20 minut znów tędy wracał świadczy jednak o jakimś tam ruchu samochodowym. Przechodzę na drugą stronę drogi, na ściernisko numer dwa. Tutaj przy wjeździe jest masa błota, więc nie tak łatwo będzie tu komuś wjechać. Znalazłem równy kawałek, rozkładam się. Jestem już w środku, już nawet troszkę lulu i oczywiście ktoś jedzie, widzę światła skierowane w moją stronę. Super, pewnie chcą mnie zabić. Ktoś zawraca i wjeżdża, cholera, w ściernisko i kręci bączki jakimś kombiakiem. Tak, właśnie tak było. Prawie środek nocy, a ktoś sobie jeździ po ściernisku wrakiem. Pojeździli, potrąbili i pojechali. To ja już wiem, skąd to błoto. Później ktoś jeszcze siedział z godzinę przy drodze. Dziwna okolica. Niby nic, ale chyba każdy nocujący pod namiotem ma tą irracjonalną fobię, że ktoś najpierw go zobaczy, później przyjdzie gdy już będziemy mieli cieplutko w śpiworze, a na koniec zabije i nie wiadomo jeszcze co zrobi. Ciężko to wytłumaczyć, dlaczego. Noc przetrwałem, dalej już nudna, sielankowa droga na Sambor, stąd na Mościska, granica w Medyce i do Przemyśla na pociąg. Wspomnę jeszcze tylko o barwach czerwono-czarnych w tym rejonie. Dopiero za Drohobyczem w stronę Sambora coś się pojawiło. Najpierw flaga ukraińska i upowska przy krzyżu, następnie tak samo przy kapliczce z Maryją. Spoko, na pewno ma ich w swej opiece. Dalej może jeszcze ze dwa razy pojawił się przystanek w takich barwach i na przystanku namalowana Ukraina w czerwono-czarnych barwach. I tyle.


Tutaj dobrze widać którędy szedłem, gdzieś przez las :) 

Toruńska Przełęcz W tle gorgański Smerek

 

Na koniec filmik, jak to było:

  • Wojtek Beskidnik

    Super relacja, bardzo fajna wycieczka. Zaskoczyło mnie, że przez Krościenko można przejechać rowerem.