NIE DO KOŃCA CZARNY LĄD

Afryka w moich podróżniczych marzeniach nigdy nie zajmowała czołowych miejsc. Nie potrafię powiedzieć, dlaczego. Może przez to, że kiedy myślimy o Afryce, to raczej nie mamy w głowie obrazków o biwakowaniu pod namiotem, o porządnych drogach, nie mówiąc już o jeździe rowerem z sakwami. Chociaż akurat Kazimierz Nowak już blisko 90 lat temu pokazał, że można. Dlatego trochę sam sobie się dziwiłem, kiedy kupiłem bilety na grudniowy lot do Marrakeszu. Co prawda planowałem w tym czasie jakiś wypad w ciepłe strony, ale celowałem w śródziemnomorskie wyspy. Jednak natknąłem się na pewnym forum na gościa, który szukał kompanów na dwu-trzytygodniowy wypad do Maroko. No i jakoś poszło, zebrało się nas trzech chłopa. Więc jednak Afryka. Ok, złośliwi stwierdzą, że Maroko to żadna Afryka, tylko francuska prowincja. Trochę tak i trochę nie.

Spotykamy się więc ja i dwóch Piotrków wieczorem 2 grudnia na berlińskim lotnisku. Odprawę przechodzimy niemal bezstratnie – niestety mój kartusz gazowy nie przechodzi, muszę go wyjąc z pudła. Spodziewałem się tego, więc nie chowałem go głęboko. No nic, będziemy korzystać z jednej benzynowej kuchenki Piotrka. Po czterogodzinnym locie lądujemy w Marrakeszu. Wita nas słoneczna pogoda i 17 stopni. To o dwadzieścia więcej niż w Berlinie. Mordy się nam cieszą, bo już wiemy, że będzie fajnie. Stoimy w dość długiej kolejce do kontroli paszportów i karteczek, które dostaliśmy w samolocie. Trzeba było tam wpisać, poza danymi osobistymi, różne bzdury, np. miejsce zameldowania. Jak przystało na grupkę Polaków (leciało z nami kilka osób z Polski) wspólnymi siłami wpisaliśmy wszyscy ten sam adres pierwszego lepszego hotelu, znalezionego w przewodniku. Kolejka mozolnie przesuwa się do przodu, mimo kilku czynnych okienek. Porządku pilnują żołnierze z kałachami, a ja podziwiam styl architektoniczny pomieszczenia. Kojarzył mi się ze starymi łazienkami – na ścianach i podłodze płytki układające się w różne wzorki, ale widać w nich było coś z zamierzchłej epoki. Jakbym miał to określić jednym słowem powiedziałbym „przytulnie”. W końcu docieramy do panów kontrolerów. Karteczki jednak nie były potrzebne, pan mierzy mnie wzrokiem, porównuje ze zdjęciem w paszporcie. Coś tam sobie wypisuje, słychać huk pieczątki, pada krótkie welkom in Maroko i możemy odebrać swoje bagaże. Transport rowerów w samolocie zawsze powoduje nieprzyjemny dreszczyk emocji – chyba nikogo nie muszę nikogo uświadamiać, jak traktowany jest bagaż na lotniskach. Rozwalone kółka w walizce to nie aż tak problem, jak chociażby scentrowane koło, albo (o zgrozo!) urwany hak przerzutki. Na szczęście wyjeżdżają nasze rumaki i wygląda na to, że doleciały całe i zdrowe. Niektórzy pakują rozmontowane rowery wraz z całym podróżniczym dobytkiem w rowerowe kartony, co i ja uczyniłem. Problem z kartonem jest taki, że nie będziemy go wozić ze sobą i jeżeli wracamy z tego samego miejsca, pasuje go gdzieś przetrzymać. Chłopaki mieli dedykowane rowerom torby, które można złożyć i wrzucić w sakwy. Jednak torba nie jest taka sztywna jak karton, więc rower musi być dobrze zabezpieczony. Każdy wyciąga swoje fanty, słyszę głos Piotrka z tyłu: kurde, jest przypał. O, złamany hak przerzutki… No to mamy problem. Sklepu z częściami raczej nie znajdziemy w pobliżu. Zaczepiamy kogoś z obsługi, który obiecuje coś z tym zrobić i znika. Wzbudzamy niemałe zainteresowanie innych podróżnych, tym bardziej, że nasz prowizoryczny warsztat rozbiliśmy w pomieszczeniu odbioru bagażów. Jakoś udaje nam się przypiąć hak, całość dobijamy mocno zaciskiem do kół w nadziei, że wytrzyma przynajmniej dojazd do miasta. Jak się okazało, ta prowizorka wytrzymała całe Maroko. Chwilę później zostajemy wygonieni przez obsługę, na szczęście byliśmy już praktycznie złożeni do kupy. Nerwowa atmosfera udziela się i nam, przez co Piotrek musi drugi raz przechodzić kontrolę bezpieczeństwa, podczas której wszystko jest skanowane – zupełnie jak przy odprawie. To akurat dobry pomysł. W końcu wychodzimy z lotniska, jeszcze tylko zostawiam pudło u faceta obwijającego bagaże folią i jedziemy.

Atlas widać!

 

Moloch Marrakesz

 

Będziecie jeździć po Maroko rowerem? Serio?

 

Za chwilę doznajemy pierwszego szoku kulturowo-motoryzacyjnego. Co tu się odwala, na tej drodze? Każdy jeździ jak mu się podoba, pasy namalowane są chyba dla ozdoby, a do tego jest strasznie głośno i okropnie śmierdzi spalinami. Samochody, żółte taksówki, motory, motory i jeszcze raz motory. Czyli chaos na kółkach i trzech sakwiarzy, pięknie. Jedziemy przed siebie, staramy się przeżyć w tej dżungli. Po kilkunastu minutach chyba łapiemy o co chodzi, czujemy się na tyle pewnie, że zaczynamy szukać sklepu, co by zakupić trochę jedzenia na najbliższe dni. Właściwie to zasady drogowe w Maroko są bardzo proste: jak ktoś jest większy, ustępujemy mu miejsca i nie udowadniamy na siłę, że to my mamy racje. To działa i to wystarczy.

Błądzimy trochę, ktoś nam wskazał w którą stronę możemy znaleźć market, więc tam jedziemy. Chyba trochę wyjechaliśmy z miasta, bo ruch mniejszy i taka dziwna okolica. W końcu znajdujemy wielki market sieci Marjane, w którym jest wszystko. Po prostu hipermarket. Robimy zakupy i szukamy miejsca na nocleg. Staramy się wyjechać z podejrzanej okolicy, której nie zaliczyłbym do tych bogatszych. Jest już późno, więc rozbijamy namioty na jednym z betonowych boisk, kilkanaście metrów od drogi. Jutro zwiedzamy Marrakesz, a dalej w Atlas Wysoki. Ale będzie fajnie!