Obserwacje z drugiego końca świata

We wpisie traktującym o Tatrach z Magdalenki, wspomniałem o mojej pierwszej ustrzelonej obserwacji, której dokonałem trochę „przy okazji”. Przy okazji i nieco przypadkiem. Dodatkowo biorąc pod uwagę miejsce w którym się wówczas znajdowałem to odległość (200+ km) nie robi aż takiego wrażenia, chociaż na mnie zrobiła i to ogromne, bo czekałem na ten widok ponad dwa miesiące i już straciłem nadzieję, że się uda go złapać.

Tym magicznym miejscem jest południowa część Alaski, a magicznym obiektem, który chciałem zobaczyć był najwyższy szczyt Stanów Zjednoczonych – Denali, znany również jako Mount McKinley.

Latem 2011 roku miałem przyjemność przebywać kilka tygodni w tym pięknym miejscu. Moje dalekoobserwacyjne zainteresowania dopiero raczkowały, ale miałem tę świadomość, że ponad sześciokilometrowy masyw na pewno widać z największego miasta Alaski, czyli Anchorage. Zresztą, masa widokówek mnie w tym utwierdziła. Podczas pierwszych trzech dni mimo dość dobrej pogody nie udało się niczego zaobserwować. Fakt, gęsta zabudowa downtown wcale nie ułatwiała tego zadania. Znalazłem nawet fajny punkt widokowy z posągiem Jamesa Cooka, który to pływał sobie po okolicy w 1778 roku. Przychodziłem więc tylko kiedy mogłem popatrzeć z Jamesem na horyzont.

James Cook czeka na odpowiednie warunki

 

Po kilku dniach przeniosłem się do Valdez po drugiej stronie gór, gdzie spędziłem dwa miesiące w towarzystwie łososi. Tam nie było mowy o aż tak dalekich widokach, za to były inne – ogólnoalaskański wpis powoli się tworzy. Tak czy siak, we wrześniu wróciłem do Anchorage na niecałe 2 dni, w ciągu których również odwiedzałem Jamesa, bezskutecznie. Powoli zbliżał się czas odlotu, więc dałem za wygraną. Przeszedłem odprawę na lotnisku i zasiadłem na całkiem sympatycznym tarasie widokowym, skąd obserwowałem startujące samoloty. Widać nawet kilka, jak się okazało, wysokich szczytów:

Nieznane dwutysięczniki gór Alaska, widok na zachód z lotniska, ok 120 km.

 

Góry Alaska. Widok na charakterystyczny wulkan Spurr, który burczy sobie od czasu do czasu. Ostatnia erupcja w 1992 r.

 

Rozglądam się dalej i coś jest! Jest Denali! W tym kierunku raczej nic innego nie ma. Co prawda częściowo widok przesłaniają mi budynki terminala, ale i tak go widać. Mam cię, sześciotysięczniku. Widać również jego dwóch najlepszych kumpli, czyli Mount Foraker i Hunter, odpowiednio drugi i trzeci co do wysokości szczyt Alaski.

Dobrze, że zdecydowałem się pogapić na samoloty, bo pewnie bym siedział na ławce czekając na lot, nieświadomy widoku i jedząc hamburgera. Udało się w ostatniej chwili – tak można powiedzieć, żeby dodać nieco dramatyzmu. Jak na alaskańskie warunki, odległość 200 km nie jest imponująca – zważywszy na to, że Denali wystaje ponad 5 kilometrów ponad okoliczną tajgę. Ale mnie to usatysfakcjonowało jak nie wiem co. Zawsze przecież można tam wrócić i zapolować przy lepszych warunkach np. z trzystu kilometrów 🙂